Veni, Vidi, Foci…

Jak już część z Was wie, udało mi się wygrać drugą edycję konkursu „Zbliż Europę” organizowanego przez Fujifilm. W związku z tym, na przełomie lipca i sierpnia wyruszyłem na tygodniową wyprawę do Włoch, podczas której miałem okazję testować aparat HS50 EXR.  Podróż była bardzo udana, relacje z niej znajdziecie pod poniższymi linkami:

 

dzień 1

dzień 1 (jeszcze parę zdjęć)

dzień 2

dzień 3

dzień 4

dzień 5 i 6

dzień 7

 

Poniżej jeszcze kilka zdjęć z Włoch. Enjoy.

 DSCF0980_smallDSCF0366_small DSCF1442_smallDSCF1096_small  DSCF1730_small DSCF2434_small-2 DSCF2813_small 20130731-DSCF0986 20130802-DSCF2294 20130803-DSCF2628 20130804-DSCF2822 20130804-DSCF2843

 

Reklamy

X100 – recenzja

Być jak Leica

Recenzji Fuji X100 powstało chyba więcej niż niejednego flagowego Nikona czy Canona. Trudno się dziwić – mówimy tutaj o sprzęcie, który stara się wkroczyć na piedestał zarezerwowany od dawna dla aparatów marki Leica.

Kiedy pojawiły się pierwsze wzmianki o Fuji mającym odświeżyć (wizualnie) temat aparatów dalmierzowych zacząłem wyczekiwać na niego kręcąc się jakbym miał owsiki. Nic podobnego. Owsików brak, a X100 z dalmierzem nie ma nic wspólnego.

Na wstępię chcę nadmienić, że X100 jest w moim posiadaniu od kilku miesięcy. Nigdy tak naprawdę go nie przetestowałem w sposób „sprzętofilski” i na potrzeby tej recenzji też tego nie zrobię. Dlaczego nie? Dlatego, że aparat to tylko (i aż) narzędzie do robienia fotografii, a nie cel sam w sobie. Poza tym, jestem na wyjeździe, na który wziąłem ze sobą tylko X100, więc nawet nie jestem w stanie go tutaj dobrze zaprezentować (a zdjęć katalogowych każdy się chyba już naoglądał wystarczająco dużo).

Chyba każdy fotograf parający się street’em marzy, że kiedyś w jego kolekcji znajdzie się jakieś body serii M legendarnej firmy Leica, wyposażone w obiektyw 35mm lub 50mm. Gorzka prawda jest taka, że pewnie większość nacieszyć się będzie mogła tylko używanymi, przechodzonymi egzemplarzami, albo Bessą Voightlandera czy Ikon Zeissem. A co jeśli ktoś dodatkowo celuje w aparat cyfrowy? Wtedy sytuacja robi się tragiczna. Fakt faktem, istniał kiedyś jakiś Epson typu rangefinder, ale widziała go tylko garstka ludzi. Cóż więc zostaje jeśli chcemy mieć aparat cyfrowy z jasną, stałą optyką, a do tego look dalmierza? X100 – praktycznie tylko i wyłącznie.

Powtórzę – nie jest to dalmierz i na prawdę daleko mu do niego. Tak czy siak, warto na niego skierować swój wzrok. Zresztą i tak każdy na niego zerka. Dlaczego? No to zaczynamy.

Wygląd.

Ciężko znaleźć aparat cyfrowy tak dobrze wyglądający jak Fuji X100. Oczywiście pojawiły się wszędobylskie bezlusterkowce – praktycznie każdego producenta – ale to nie jest to. Są zbyt nowoczesne, czasem zbyt małe i zbyt cyfrowe. Mówimy tutaj o wyglądzie żywcem zdjętym ze starego FED’a. Taki właśnie jest wygląd opisywanego X100 – bezkompromisowy. Na pierwszy rzut oka, wygląda na szyi fotografa jak stary analog. I o to w nim właśnie chodzi. Mimo, że jest stuprocentowym aparatem cyfrowym to daje fotografowi możliwość przeniesienia się w poprzednią epokę.

DSCF4186_small

Budowa.

X100 jest aparatem cyfrowym o sensorze typu APS-C, z cropem x1.5. Zamontowano w nim obiektyw 23mm, który w przeliczeniu na mały obrazek daje ekwiwalent ogniskowej 35mm. Maksymalny otwór przysłony wynosi tylko 2.0. Na górnej części aparatu zamontowano dwa pokrętła (czasów i manualnej korekcji ekspozycji), oraz włącznik aparatu wraz ze spustem migawki i przycisk funkcyjny. Z przodu aparatu zamontowano tylko jeden przełącznik, który stylizowany jest na analogowy włącznik samowyzwalacza – sprytne i stylowe. Służy on do zmiany rodzaju wyświetlanego obrazu w wizjerze (obraz cyfrowy lub optyczny). Na prawej krawędzi aparatu nie znajdziemy nic ciekawego. Na lewej znalazł się przełącznik wyboru trybu ustawiania ostrości: M, AF-S i AF-C. Z tyłu znajdziemy spory wyświetlacz, wizjer, cztery przyciski z lewej stronie wyświetlacza, kilka z prawej (w tym bardzo wygodne pokrętło wyboru, z niewygodnym przyciskiem potwierdzenia w środku niego) i przesuwny przycisk do ręcznego dostrajania przysłony przy górnej krawędzi aparatu. Pod spodem znajdziemy klapkę pozwalającą dostać nam się do baterii i karty SD, oraz gwint do przykręcenia statywu.

Bla, bla, bla… co sądzę o budowie aparatu? Jest solidny. Do tego stopnia, że kiedyś źle przypięty pasek odczepił mi się, a X100 (w skórzanym pokrowcu) z impetem uderzył w asfalt. I co? Nic się nie stało! A to już naprawdę dobrze o nim świadczy. Aparat waży swoje. Wiemy dzięki temu, że nie mamy do czynienia z zabawką, a po przesiadce z analoga nie ma dziwnego uczucia, że mamy w rękach coś bardzo delikatnego.

DSCF4413_small

Ergonomia.

Opisywany model Fuji trzyma się w ręce… dziwnie. Nie jestem szczególnie wielkim facetem (dłonie mam raczej niewielkie), a pochwyt tego aparatu przysparzał mi problemy. To chyba zasługa tylnej ścianki, na której znalazło się wiele przycisków, a zabrakło miejsca na położenie kciuka. Jednak jest wyjście z tej nieciekawej sytuacji – skórzany pokrowiec (jak się okazuje jest to praktyczne must-have do tego modelu). Nie dość, że jak pisałem skutecznie zamortyzował aparat przy upadku, świetnie wygląda, a dodatkowo pozwala wygodnie na nim ułożyć kciuk, palec środkowy i serdeczny. Dzięki temu trzymanie X100 jest intuicyjne i wygodne.

DSCF4433_small

Menu.

Niektórzy na nie narzekają – ja nie. Długi czas działałem w obskurnym menu Nikona, później w „cukierkowym” menu Canona. Fuji nie zrobiło w moim odczuciu ani kroku na przód, ani do tyłu. Ot menu i tyle. Prawda jest taka, że jeśli aparat służy Ci do robienia zdjęć, a nie robienia lansu na mieście, to po ustawieniu wszystkiego raz a porządnie, nie trzeba będzie do menu wracać. No może troszkę przesadziłem. Mi brakuje jednego – programowalnego przycisku AFL/AEL (którego i tak nie używam). Dlaczego? Dlatego, że jak chyba każdy użytkownik X100 przycisk Fn mam ustawiony na wybór wartości ISO. Przycisk RAW służy mi do włączania i wyłączania filtra szarego (genialna sprawa tak by the way), a często robiąc streetphotography gdzieś z „biodra” chciałbym wcisnąć przycisk zmiany trybu ostrości – z punktowego, na najbliższy obiekt.

DSCF4470_small

Kultura pracy.

Generalnie z aparatem pracuje się bardzo dobrze. Można zabrać go zawsze i wszędzie. Fakt, nie jest uszczelniany, ale robi wrażenie solidnego i ja sam nie mam oporów przed wyjście z nim na mżawkę itd. Ma niewielkie rozmiary (w porównaniu z Leicą na przykład lub z lustrzanką). Mieście się do kieszeni kurtki. Można go mieć zawsze przy sobie. Do minusów należy zaliczyć powolną pracę focusa w trybie makro, a przede wszystkim fatalny sposób ustawiania ostrości w trybie manualnym. Teoretycznie jest na obiektywie pierścień, który do tego służy, ale w praktyce działa fatalnie – trzeba się nakręcić, żeby ostrość drgnęła chociaż o tych parę centymetrów. Jest to rzecz fatalna. Nie wspomnę już, że na obiektywie (z racji cyfrowej, a nie mechanicznej regulacji ostrości) brak jest danych o hiperfokalnej i nie pobawimy się w zabawę z nią. A szkoda, bo w mojej opinii aparat dużo by zyskał mogąc być chociaż „hiperfokalnym dalmierzem”. Nie ma takiej – trudno.

Kiedy już przymkniemy oko na te drobne bolączki aparat odwdzięczy nam się czymś niesamowitym. Kulturą pracy jaką znamy ze starych analogów. To jest niesamowite i wręcz nie da się tego opisać. Kiedy zapomnimy już o tych wszystkich przyciskach, a o tym specyficznym menu, czy dziwnym pierścieniu manualnej ostrości, nagle poczujemy, że chcemy „polować na kadry”, że chodzi nam o zrobienie jednego wspaniałego zdjęcia, a nie setki podobnych. Nagle zaczniemy robić zdjęcia z głową. Poczujemy, że mamy w rękach narzędzie do robienia fotografii. To naprawdę wspaniałe uczucie. Najważniejsze jest to, że aparat ten, dzięki temu, że zawsze jest pod ręką, i że ustawia się go bardzo szybko i ergonomiczne, nigdy nas nie zawiedzie, kiedy snując się po mieście natrafimy na coś niezwykłego.

DSCF4557-Edit_small

Jakość zdjęć.

Plastyka, niskie szumy, dobra optyka… to wszystko bardzo mi się podoba, ale odwzorowanie kolorów jest dla mnie po prostu fenomenalne. Zdjęcia zrzucone z X100 zaskakują mnie dokładnie tak jak te zrzucane ze starego 5D – za każdym razem lepiej wyglądają na ekranie komputera niż się tego spodziewałem. Nie będę przytaczał danych liczbowych, ani prezentował wykresów. Dlaczego nie? Dlatego, że wiem, że obraz wyjściowy z tego małego Fujika jest bardzo dobry i niewiele trzeba (lub wcale) postprodukcji, żeby obrazy prezentowały się znakomicie.

DSCF4507_small

Specyfikacja techniczna (w oparciu o informacje ze strony fujifilm.eu/pl i optyczne.pl):

  • Producent: Fujifilm
  • Model: FinePix X100
  • Liczba pixeli: 12.3 Mpix
  • Max rozdzielczość: 4288 x 2848
  • Rodzaj matrycy: APS-C, CMOS
  • Wielkość sensora: 23.6 mm x 15.8 mm
  • Format zapisu zdjęć: RAW (RAF format), RAW + JPEG, JPEG
  • Format zapisu filmów: MOV (1280 x 720, 24 kl./s, dźwięk stereo)
  • Zakres ISO: 200-6400 (rozszerzony programowo o ISO 100 i 12800)
  • Czasy otwarcia migawki: 30s – 1/4000s (najkrótszy czas uzależniony od wartości przysłony, np. dla f/2.0 min. czas to 1/1000s
  • Obiektyw: Fujinon Single (8 elementów w 6 grupach)
  • Ogniskowa: 23 mm (ekwiwalent 35 mm dla filmu 35 mm)
  • Przysłona: f/2.0 – f/16
  • Stabilizacja obrazu: brak
  • Autofocus: single AF, contunous AF, MF
  • Pomiar światła: matrycowy, multi, punktowy, centralnie ważony
  • Ostrość od: Makro: 0,1m do 2m, tryb normalny (w zależności od software): 0,8 m do nieskończoności
  • Kompensacja ekspozycji: +/- 2 EV
  • Programy: Auto, A, S, M
  • Zdjęcia seryjne: 5 lub 3 kl./s (max 10 JPEG lub 8 RAF / RAF + JPEG)
  • Karta pamięci: SD / SDHC / SDXC
  • LCD: 2.8”, rozdzielczość 460 tys. punktów, 100% pola widzenia
  • Wizjer: Hybrydowy, optyczno-elektroniczny
  • Złącza: USB 2.0, wyjście audio-wideo, mini HDMI
  • Zasilanie: akumulator NP-95 (starcza na około 300-350 zdjęć)
  • Waga z akumulatorem i kartą: 445g
  • Wymiary: 125.5 x 74.4 x 53.9 mm
  • Inne: Wbudowany filtr szary 3EV

Podsumowanie:

Czy jest to Leica? Nie. Czy X100 jest prawie jak Leica? Nie. To zupełnie inny rodzaj aparatu i nie zastąpi nam legendarnej M-ki. Czy to znaczy, że nie warto go kupować? To zależy od tego co chcemy uzyskać. Jeśli chcemy się pokazać na mieście ze stylowym aparatem – warto go kupić. Jeśli chcemy mieć sprzęt z pewnymi ograniczeniami (praktycznie brak manualnej nastawy ostrości i brak wymiennej optyki) służący głównie do street-photography za kwotę prawie dziesięć razy niższą niż Leica – warto. Warto jednak przemyśleć zakup X100s, który niewiele się różni od X100, a ma dużo lepiej rozwiązany sposób manualnego ostrzenia. Fakt kosztuje około 4500 zł, podczas gdy pierwszą wersję można kupić (używaną w dobrym stanie) za około 2000 zł. To nie jest dużo jak za tak dobry sprzęt.

Na koniec rozmowa z moim znajomym, która jak sądzę, dobrze opisuje X100:

Kolega: Stary, ten aparat jest taki zajebisty czy tak tylko wygląda?

Ja: Jest zajebisty.

Kolega: Dlaczego?

Ja: No wiesz, hybrydowy wizjer, stało-ogniskowy obiektyw, niskie szumy…

Kolega: A da się go ustawić w trybie auto?

Ja: Da się.

Kolega: To chyba kupię sobie, ustawię na auto i pójdę się wozić po mieście.

A tak na poważnie. Gdyby było mnie stać na Leicę M, to pewnie bym się nie zastanawiał i ją kupił – klasyk. Póki co X100 jest dla mnie jej świetnym substytutem.

Poniżej zdjęcia mojego X100 zrobione telefonem komórkowym:

show-3 show-4 show-7 show-10 show-11

Nieopisane zdjęcia zamieszczone w tej recenzji są mojego autorstwa – wszystkie zrobione X100. Na koniec jeszcze kilka kadrów:

dscf3358 dscf3669 DSCF4182_small DSCF4196_small DSCF4215_small DSCF4307_small DSCF4487_small

Norwegia – pierwsze wrażenia

Norwegia… dziwny kraj.

Do Norwegii zawitałem na przełomie kwietnia i maja. Pierwsze wrażenie było… piorunujące. Niby wszystko podobne, a jednak kompletnie inne. Daleko od Oslo się jak dotąd nie zapuściłem, więc kilka słów o tym pięknym mieście i jego mieszkańcach.

Stolica Norge na pewno nie jest typowym molochem. Zamieszkuje ją mniej więcej 600 tys. ludzików – stosunkowo niedużo jak na najdroższe miasto świata. Nie ma tu zbyt wielu biurowców, przy których można się zatrzymać i zrobić „wow”. Ok, architektoniczne perełki stanowią większość nowej zabudowy – jest to raj dla młodego architekta imho – ale próżno szukać tutaj drapaczy chmur. W porównaniu z Oslo nawet Warszawa wydaje się być drugim Manhattanem. Czy to źle? Absolutnie nie. Wszystko jest tutaj jakieś takie przyjacielskie… swojskie 🙂 Król Harald żyje sobie w centrum niewielkiego parku w pałacu, który… nie robi absolutnie żadnego wrażenia na kimś kto chociaż raz czy dwa widział jakikolwiek dobrze zachowany pałac w Polsce. Gwardii przy bramie można się dopatrzeć, ale w przeciwieństwie do tej pod Buckingham żołnierze norwescy sobie rozmawiają (z jednym ja nawet miałem przyjemność zamienić parę słów), śmieją i generalnie są wyluzowani. Tak jak większość obywateli tego pięknego kraju. To co rzuca się w oczy przybyszowi z kraju leżącego w centralno-wschodniej Europie to to, że jest tutaj niesamowicie czysto. Koszy na śmieci przy chodnikach jest znacznie mniej niż w Polsce, a jednak wszystko jest zadbane i każdy stara się ten stan rzeczy zachować.

Kolejna niesamowita sprawa: w Norwegii parki są dla ludzi! Co mam na myśli? To, że w wolnym czasie każdy idzie do parku, żeby posiedzieć na ławeczce, porzucać frisbee, poleżeć na trawie (u nas nie obyłoby się bez brązowej plamy na koszulce/bluzce po takim odpoczynku), czy odpalić grilla. Co do tego ostatniego to sprawa wygląda dość śmiesznie. W przeciwieństwie do naszych rodzimych zwyczajów, tutaj na ruszt wrzucić możemy… parówki! Oczywiście w grę wchodzi jakieś mięsko, kurczaczek czy warzywa, ale… Norwegowie nie mają wspaniałej „zwyczajnej”, „podwawelskiej”, „krakowskiej”, itd. Dlatego grillują parówki 🙂 Wygląda i smakuje to dość śmiesznie, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, prawda? Swoją drogą wszystkie te smakołyki zazwyczaj przyrządzane są na jednorazowych grillach, które kupuje się za niewielką sumę, a po skończonym posiłku wyrzuca się do specjalnych pojemników. Wygodne i bezpieczne.

Kolejna sprawa – aktywność fizyczna. Jakiś czas temu postanowiłem wrócić do regularnych treningów biegowych. Nie mogłem wymarzyć sobie lepszego miejsca na powrót do sportu niż Oslo. Tutaj biega KAŻDY! I nie dlatego, że (tak jak ja) chce schudnąć. Tutaj to po prostu sposób na spędzanie wolnego czasu. Sporo ludzi jeździ na rowerach, sporo gra w piłkę, rzuca frisbee, tańczy itd. – najwięcej jednak biega. I to jak! Jaką Norwegowie mają kondycję – tylko pozazdrościć! Poczułem się nieswojo kiedy pierwszego dnia w parku Vigeland (pełnym nagich rzeźb – 212 dokładnie) wyprzedził mnie atletycznie zbudowany mężczyzna – na oko siedemdziesięcioletni. Popatrzyłem wtedy z góry (ale bez dumy) na swój brzuszek i pomyślałem: „człowieku nie chcesz taki być” 🙂 Co ciekawe liczba osób uprawiających jogging jest stała, niezależnie od pogody. Czy świeci słońce, czy leje deszcz, mieszkańcy Oslo z uśmiechem na twarzach biegną przed siebie między posągami nagich dzieci a posągami przedstawiające jakieś dziwne orgie (tak – chore zestawienie). Tak czy siak, sport wyrzeźbił sylwetki Norwegów i Norweżek w sposób godny pozazdroszczenia. Mało jest tutaj osób z nadwagą, a otyłych praktycznie się nie spotyka.

Następny temat – ubiór i fryzury. Przywykliśmy w Polsce do tego, że to kobiety są piękne i zdecydowanie bardziej zadbane od mężczyzn. Tutaj sprawa wygląda zgoła inaczej. Kobiety oczywiście dbają o siebie, są na ogół bardzo ładne i wysportowane, ale… chodzą na co dzień w odzieży sportowej 😀 Nie wszystkie, ale spory odsetek tak się właśnie ubiera. Nie powiem kształty mają cudowne, a opinające dresiki w stylu bielizny termoaktywnej jeszcze dodatkowo podkreślają ich wysportowane nogi – i nie tylko nogi 🙂 Panowie natomiast dzielą się na dwie kategorie: ci noszący konkretny zarost i ci ogoleni na kształt dupki niemowlaczka. To jedyne różnice między nimi, bo poza tym wszyscy chodzą bardzo podobnie ubrani. Bardzo elegancko. Ubrania i buty na ogół znanym marek. Wszystko wysokiej jakości. Najczęściej facetów zobaczyć można w koszulach typu slim, nierzadko nawet w casualowych garniakach czy marynarkach. Mają naprawdę świetny styl. Do tego są bardziej wystylizowani od kobiet (ci totalnie ogoleni). Ta druga grupa „wikingo-norwegów” z wychodowanym porządnym zarostem też ma stylówę we włosach, ale raczej w stylu: „z takimi włosami się urodziłem i są one naturalne” 🙂 Raz zobaczyłem kolesia, który zsiadł z motocykla, zdjął kask i… miał idealnie wystylizowany włos mimo tego, że przed chwilą coś mu go przygniatało. Nie wiem jak oni to robią, ale zarówno na kobiety i mężczyzn patrzy się tutaj trochę jak na modeli z broszury Harley-Davidson, Marlboro itd.

Ceny. Zabijają. Na śmierć. Butelka wody mineralnej (0,5l) około 9 zł, chleb 11-17 zł, ziemniaki 9 zł. No, ale są rzeczy, które można kupić taniej niż w Polsce lub w podobnych cenach. Tak jest np.z tuńczykiem, pomidorami w puszcze, makaronem, szpinakiem, łososiem itd. Prawda jest taka, że jeśli człowiek się pogimnastykuje to mógłby tutaj żyć za podobne pieniądze co w ojczyźnie.

Właśnie sobie przypomniałem co mi się najbardziej spodobało po przyjechaniu do Oslo – uśmiech ludzi na ulicy. To niesamowite kiedy idąc ulicą co druga osoba się do Ciebie cieszy bez powoduW pewnym momencie sam się zacząłem robić to samo, bo aż głupio mi było zachowywać się inaczej 🙂 Prawda jest taka, że jest powód tego spokoju wśród Norwegów – ropa. Mając takie złoża naturalne (co przekłada się na socjal dla obywateli i ich zarobki) Polacy też byliby bardziej uśmiechnięci… chyba. Fajne jest też to, że obywatele tego fjordowego kraju są kawoszami. Rano w drodze do pracy co druga osoba dzierży w dłoni jakiś kubeczek z kawą take away. W pracy też sobie robią przerwy na pogaduchy i kawę. Taki fajny zwyczaj. A kawa jest w podobnej cenie jak u nas. Rządzi tutaj Narvesen i Wayne’s. W obu sieciach kawa jest dobra, ale nie zachwyca. Ponoć w Oslo ma powstać pierwszy (nie licząc jednego na lotnisku) Starbucks. Jest to obecnie jeden z ważniejszych tematów przedpołudniowych rozmów w biurowcach Oslo 🙂 Jakie to miłe i beztroskie, prawda? 🙂

No i na koniec temat rzeka (ale obiecuję się nie rozpisywać): AUTA i MOTOCYKLE! Tylu Porsche, Bentleyów, Ferrari, Aston Martinów, Lamborghini nie przypuszczałem ujrzeć w jednym miejscu nigdy i nigdzie. A jednak. Jest to bogaty kraj i widać to na parkingach (lub przy molo, bo bardzo wielu Norwegów ma także jachty). Jakieś X5, Q5, Q7, A7 itd.nie robią już na mnie absolutnie żadnego wrażenia. Bardziej przypadły mi do gustu wszelkiej maści muscle cary (z początków ich produkcji), stare Porschaki czy Maseratti, leciwe Saaby i Fordy Thunderbirdy. Norwegowie bawią się motoryzacją. Często obserwuję taki układ: podstawowy samochód to ekologiczny Prius (swoją drogą co druga taksówka to właśnie ta Toyota), drugie auto to jakiś konkretny, żrący paliwo jak smok SUV – XC90, Q5 albo X5, a trzeci, weekendowy wóz to coś z fantazją i polotem – np. Targa z ’67 🙂 Co ciekawe, w tym zimnym (na ogół kraju) jest znacznie więcej cabrio niż w Polsce 😀

No i motocykle. Jest ich cała masa. Z tego co zauważyłem jakieś 30% to Harley-Davidson, z 20% to Triumph (typu Bonneville), jest też trochę sportowych Ducati. Jeśli trafia się skuter to najczęściej Vespa. Oj… bogato tutaj. Pozazdrościć.

DSCF4515_small DSCF4507_small DSCF4505_small DSCF4503_small DSCF4500_small DSCF4498_small DSCF4492_small DSCF4487_small DSCF4485_small DSCF4470_small DSCF4449_small DSCF4446_small DSCF4433_small DSCF4431_small DSCF4413_small DSCF4411_small DSCF4409_small DSCF4377_small DSCF4339_small DSCF4307_small DSCF4286_small DSCF4245_small DSCF4233_small DSCF4219_small DSCF4215_small DSCF4200_small DSCF4196_small DSCF4189_small DSCF4186_small DSCF4182_small

Zabawy w Oslo

W Oslo młodzież, która będzie zdawać egzamin „maturalny” przez miesiąc poprzedzający to wydarzenie przygotowywuje się do niego w specyficzny sposób. Wszyscy zakładają czerwone spodenki, szwędają się w grupach, upijają i wykonują dziwne czynności. Na zdjęciu młody Norweg, który przeszedł na kolanach dystans około kilometra. Metą były buty żołnierza pod pałacem królewskim.

 

Zabawy w Oslo

 

Velkommen til Oslo!

No i przybyłem, zobaczyłem i… podoba mi się. W środę w nocy dotarłem do Oslo, wczoraj (czwartek) zrobiliśmy z Monią krótki przemarsz przez centrum. Na pierwszy rzut oka stwierdzam, że ludzie tutaj żyją zupełnie inaczej niż w Polsce. Spokojniej. Więcej wniosków wysnuję kiedy z miastem będę bardziej za pan brat. Tymczasem kilka szybkich strzałów z 2-godzinnego spacerku.